Czwartek. Od wczoraj mam wolne, jednak zabrakło mi dnia żeby ogarnąć wszystko to co zaplanowałam przed wyjazdem do Polski. Wczoraj spałam mało, bo tylko 5 godzin. Myślałam że dzisiejszą noc przespię wspaniale i wstanę wypoczęta na samolot, nic bardziej mylnego. Budziłam się może 20 razy. Śniły mi się jakieś głupoty, a jak nic mi się nie śniło to P. rozpychał się tak że miałam ochotę zrzucić go z łóżka albo ewentualnie pójść na kanapę. Obudziłam się ostatni raz o 4.10 rano. Uznałam że to już ten moment kiedy chyba trzeba wstawać, bo budzik miał i tak dzwonić przed piątą.
Tym razem P. jedzie ze mną więc wyjazd zapowiada się pełen atrakcji, oby tylko samych pozytywnych. Jest ładne słoneczne popołudnie i właśnie wsiedliśmy w pociąg z lotniska. Lot obył się bez problemów, oprócz tego że pilot musiał zataczać kolejne koło nad lotniskiem z powodu niesprzyjającego wiatru i ponownie podchodzić do lądowania. Szczęśliwie wylądował i szybko ogarnęliśmy odprawę. Potem poszliśmy na obiad na lotnisku bo byliśmy głodni i dalej w drogę.
Do wynajętego apartamentu dotarliśmy koło 16.30 i byłam trochę wkurzona bo nie było takiej informacji a apartament jest na cholernym 3 piętrze bez windy. Uwielbiam wspinać się na 3 pietro z walizami, naprawdę to było moje marzenie po 10 godzinnej podróży. No trudno. Nie było rady i trochę zła musiałam te schody pokonywać, wyobrażając sobie ile razy jeszcze je pokonam przez kolejne kilka dni.
Ten zjazd będzie dla mnie bardzo męczący coś czuję. Uwielbiam być na zajęciach ale pod warunkiem że jestem wyspana i wypoczęta, bo kiedy wychodzę zazwyczaj mam tak rozwaloną głowę że zmęczenie czuję razy dwa. Im "dalej w las" tym lżej, ale mimo wszystko to bardzo obciążające psychicznie i kazano nam liczyć się pod uwagę że ten rok właśnie taki ma być. Dobrze że to już prawie końcówka. Mam wrażenie że dopiero zaczynałam a oprócz tego zostały już tylko 3 zjazdy: grudzień, styczeń i luty, a potem zobaczymy. Niby chciałabym kontynuować tutaj, z drugiej strony jednak nadal myślę nad innym nurtem i nie daje mi to spokoju czy wybrałam dobrze. Pocieszam się jednak że rok wstępny jest tylko rokiem wstępnym, czas na decyzje przyjdzie potem, kiedy zapadnie decyzja kto będzie miał szansę iść na kolejny rok. Wtedy będę mieć bardzo krótkie 2 tygodnie żeby zdecydować co dalej. Wierzę że moja intuicja mnie nie zawiedzie i podejmę dobre decyzje.
Ostatnie dwa dni na siłowni niezły ogień. W pierwszym tygodniu nie mogłam na suwnicy wyciągnąć 30 kg. Przeraziło mnie to, bo parę lat temu 110 nie było dla mnie trudnością. Po 3 tygodniach jest już progres i z 30kg podciągnęłam się na 5 serii po 70kg. Jedno jest pewne, nogi jak zwykle robią się łatwo i bez bólu. Najbardziej kuleje standardowo brzuch. Zdecydowałam że będę jeszcze starała się ogarniać dywanówki w domu od czasu do czasu, ale ciągle o tym zapominam, bo wiecznie jest coś ważniejszego do zrobienia. Nie wiem jak ja wytrzymam 5 dni bez siłowni. Pozostaje mi dać sobie wycisk bez sprzętu. Póki co od spadku -3kg nic nie ruszyło w dół. Muszę być cierpliwa ale też pracować jeszcze mocniej. Nadal nie zaczęłam postu, a szkoda. Może kiedy wrócę w końcu mi się uda coś ogarnąć. Zobaczymy. Póki co pełna koncentracja na nauce i odkrywaniu siebie. Jestem ciekawa co tym razem się wydarzy.
Komentarze
Prześlij komentarz